Moja historia, czyli jak zostałam fotografką noworodkową.

Moja historia z fotografią to opowieść o wysokich wzlotach, ale też o bolesnych upadkach. Było wiele chwil, gdy chciałam się poddać. Ale jestem tu, gdzie jestem. Z perspektywy czasu wiem, że fotografia noworodkowa jest tym, do czego warto było dążyć. Warto było zawalczyć o swoje marzenia.  Mam wielką nadzieję, że moja opowieść uświadomi Ci, jak ważna jest wiara w siebie oraz swoje możliwości. Gotowa?

A było to tak…

Fotografią zajęłam się 10 lat temu, kiedy mieszkałam jeszcze w Szkocji. Ale od początku… Gdy urodziłam pierwszego syna Kubę, nowe obowiązki dały o sobie znać. Szara codzienność przytłaczała mnie coraz bardziej… Moje potrzeby poszły w odstawkę. 3 lata urlopu wychowawczego bez pracy to długi czas dla tak aktywnej osoby, jak ja. W pewnym momencie stwierdziłam, że jeśli teraz nie zrobię czegoś ze swoim życiem, to dosłownie zwariuję. Każdy dzień wyglądał tak samo. Ponura szkocka pogoda pogarszała sprawę. Zawisły nade mną ciężkie chmury – dosłownie i w przenośni. Mój nastrój się pogarszał z dnia na dzień… To był moment, w którym postanowiłam, że muszę wykonać pierwszy krok w kierunku zmiany na lepsze. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że zostanę zawodową fotografką. 

Inspiracje na wyciągnięcie ręki

Wtedy urodził się mój drugi syn Olek. To dzięki niemu zaczęłam myśleć o fotografii na poważnie. To on okazał się motorem do działania – moją inspiracją. I miałam w końcu na kim ćwiczyć! Dzięki niemu zaczęłam rozwijać swoje umiejętności i nabierać doświadczenia. Jeszcze przed rozpoczęciem moich zmagań z aparatem podziwiałam fotografki noworodkowe. Marzyłam o tym, aby robić takie zdjęcia. Nie wierzyłam jednak w to, że kiedykolwiek nauczę się robić profesjonalne zdjęcia tak jak one. To brak wiary we własne możliwości był przyczyną tego, że zaczynałam, a potem rezygnowałam. I tak na zmianę. A potem przyszedł czas gdy zaczęłam wierzyć, że to może się udać.

Szczęście i… kubeł zimnej wody

Takiego prezentu nigdy w życiu bym się nie spodziewała… Boże Narodzenie to czas obdarowywania bliskich wymarzonymi upominkami, jednak ten przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Mój mąż zamówił u Świętego Mikołaja aparat – specjalnie dla mnie! Radość była przeogromna. Gdy tylko chwyciłam aparat w dłonie, wylał się na mnie kubeł zimnej wody. Okazało się, że fotografowanie dobrym aparatem wcale nie jest takie proste. Braki w warsztacie wyszły od razu, a w czasie trwania pierwszych sesji pojawiły się komplikacje. Noworodki nie chciały spać wtedy, kiedy ja tego chciałam, ja byłam zdenerwowana, rodzice dzieci zaniepokojeni. A miało być tak pięknie… Tym razem nie poddałam się. Zdałam sobie sprawę, że muszę wsłuchać się w reakcje maluszków i sprawić, aby stres i dyskomfort przestał doskwierać zarówno mi, jak i moim malutkim modelom. To był strzał w dziesiątkę.

Nie daj podciąć sobie skrzydeł

Nie ma co się oszukiwać – każdy popełnia błędy, przez które chcesz się czasem poddać. Szczególnie wtedy, kiedy dopiero zaczynasz się czymś zajmować. W moim przypadku było tak samo. Na początku organizowałam sesje za 30 funtów – to tak jakby organizować sesje w Polsce za 30 zł! Dziś już wiem, że to nie był najlepszy chwyt marketingowy. Na domiar złego, „życzliwi” twierdzili, że fotografowanie nie jest dobrym sposobem na zarabianie pieniędzy i że nie znajdę klientów. W tym ciężkim czasie jedynym wsparciem obdarzyła mnie rodzina i mąż. To właśnie dzięki nim wiedziałam, że z mojej pasji za żadne skarby nie mogę zrezygnować. Upór oraz chęć pokazania, że pewnego dnia utrę nosa niedowiarkom, sprawiły, że starałam się jeszcze bardziej. Doszłam w końcu do takiego momentu, że organizowałam aż 5 sesji w tygodniu, a moja stawka była wówczas jedną z najwyższych na lokalnym rynku. Byłam z siebie taka dumna. 

Baby In Lens – dawniej i dziś

Moje pierwsze sesyjne zdjęcia były po prostu straszne. Gdy dziś je oglądam, dziwię się, że klienci chcieli mi zapłacić nawet te 30 funtów… Popełniłam po drodze mnóstwo błędów, ale dziś wiem, że tak musiało być. Teraz, kiedy mam już doświadczenie, ogromnie się cieszę, że mogę Wam – początkującym fotografkom – pokazać drogę na skróty oraz przestrzec przed błędami, które ja popełniłam. Wiem też, jak ważne jest oparcie w najbliższych i przekonanie, że chcieć to móc. 

Jeśli chcesz szlifować swoje umiejętności fotograficzne, zapraszam Cię na warsztaty fotografii noworodkowej w Gdyni. Poprowadzę je 27 marca oraz 17 kwietnia. Nauczysz się tam bezpiecznego pozycjonowania maluszków oraz zdobędziesz wiele przydatnej wiedzy. Bez owijania w bawełnę – same konkrety. To jak? Widzimy się? Więcej informacji znajdziesz tutaj: KLIK TU

Marzenia się nie spełniają – marzenia się spełnia. Przeszkody na drodze do sukcesu pojawią się wcześniej czy później. Pamiętaj, że każda trudność to lekcja, którą musisz odrobić, aby iść dalej – krok po kroku. Gdy dostaniesz czasem w kość, potraktuj to jak trening cierpliwości i samodyscypliny. Na niesamowite efekty i satysfakcję trzeba czasem poczekać. Ale uwierz mi – warto. Naprawdę warto. 

4 thoughts on “Moja historia, czyli jak zostałam fotografką noworodkową.”

  1. Jestem na początku drogi, czekam na decyzje w sprawie dotacji, jeżeli się uda to mam nadzieje, ze dam radę zapisać się na warsztaty 17 kwietnia. Moje marzenie ❤️

  2. Ja też czekam na decyzje w sprawie dotacji i zaczynam działać! Mam nadzieje, ze za jakiś czas uda mi się zapisać i wziąć udział w kursie 🙂

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Nazywam się  Marta Szczebelska i jestem założycielką marki Baby In Lens. Od 10 lat fotografuję i uczę fotografować. Na blogu chcę dzielić się poradami związanymi z tematami fotograficznymi.

Baby In Lens na FB

Sklep Baby In Lens